hold blog

Twój nowy blog

Ochrona…

Brak komentarzy

…przed skasowaniem :)

Brak komentarzy

Cokolwiek, co by nie skasowali ;)
Regulaminu nie chce mi się czytać, ale może nie zmienili?

Pozwolicie, że będę egoistką i życzę Wam tego samego, co sobie :)

Po pierwsze, to BÚÉK znaczy Boldog Új Évet Kívánok :)

Po drugie, zdrowia, zdrowia, zdrowia – spełnienia marzeń, ale nie wszystkich, tylko tych najpilniejszych – co by zostało na później :)
I oby ten rok był lepszy, niż miniony..

Jak nie będzie, to zacznę zbierać kapsle.

Niech żyje Rok 2009 ;)

Życzę Wam Wesołych i pełnych miłości
Świąt Bożego Narodzenia.
Spokoju, miłości i wszystkiego, co Wam sprawi największą radość ;)

Powinnam się zbierać na zakupy, ale po prostu nie chce mi się. A mówię „powinnam”, bo dziś i jutro „dzień B.”, to dla niej zakupy, nie dla mnie. O sobie jeszcze nie myślę.
Celebruję kawę z papierosem i zastanawiam się, o co chodzi.

Nie da się ukryć, że mam doła. I to takiego, którego nie miałam od 2-3 lat. Chodzę ze smętną miną i płakać mi się chce. Ba. Nie tylko mi się chce, ale robię to. Bezwiednie. Momentami lecą mi łzy wielkości grochu. I mam kamień na sercu, który nie pozwala na oddychanie.
O.
I tak się zastanawiam, czy to efekt wyjścia ze Szklarni. Insza inszość, że powinnam mieć pms’a, który dotychczas objawiał się nadwrażliwością i opryskliwością. Może pms mi się przeobraża? A może wszystko jednocześnie tak działa? Nie wiem, ale jest mi źle i nie mogę miejsca znaleźć.

Zastanawiam się, kiedy mi to minie i co ze sobą zrobić. Miałam wyjechać do Poznania na 2 dni do przyjaciela. W Warszawie też mam kilka zaproszeń świątecznych. Bo od tych Wigilijnych to się wybraniam wijąc się jak piskorz. I wpadam w histerię, jak ktoś naciska.
Któryś rok z rzędu będę spędzać święta sama, ale ten rok wydaje się być wybitnie trudny do przeskoczenia. Przez to cholerne samopoczucie.
Pewnie zweryfikuję pewne rzeczy, czy na prawdę lubię być sama zawsze i wszędzie. Czy faktycznie jest mi tak lekko i łatwo, jak to głoszę wszem i wobec.
A zresztą. Jeszcze jeden papieros, dokończę kawę i zmykam do sklepu. Modlę się tylko, bym w tłoku i w szaleństwie, które zapewne zastanę – nikogo nie zabiła.
Dziś ciężki dzień z B., która na każdym kroku wyznaje mi miłość i cieszy się, że ją odwiedziłam. A ja nie wiem, co z tym fantem zrobić. Wbrew pozorom, nie jest mi łatwo zapomnieć prawie 30 lat stresu.

A jak było w Szklarni – opiszę następnym razem. Teraz bym pewnie marudziła i same złe strony opisywała, a nie było tak źle. Ba, były wesołe i radosne chwile. Bo były.

Niby mam dostęp do sieci prosto z łóżka, ale jakoś nie chce mi się pisać.

Dzis 4 dzień mojego zamknięcia. To właśnie dziś podzielili nas na 3 grupy, osoby: palące swoje papierosy, nie palące w ogóle, palące wynalazki sponsora badania, Philip Morris’a.
Wiedziałam, na co się piszę i że różnie mogę trafić. Szczerze powiem, że po cichu myślałam, że trafię do grupy… nie palącej. Napewno nie chciałam trafić do grupy palącej super-hiper-zdrową nowość. Bo co jak co, ale jak się truć, to tym, co człowiek lubi. To tak, jakby kazał ktoś nałogowi pijącemu |Baileys’a pić denaturat.
I co? I trafiłam do grupy palącej – swwoje papierosy.

A jak tu jest? Jesteśmy zakwaterowani w całkiem sympatycznych 4 osobowych pokojach. Miałam szczęście, bo prócz koleżanki z którą tu jestem, trafiły mi sie dwie sympatyczne babeczki – średnio w tym samym wieku. Już nazwałyśmy swój pokój Żmijowiskiem ;) Nie daj boże, jak ktoś nam podpadnie :) ma gwarantowaną czkawkę do końca badania :)
No, ale powracając do tego, jak jest. Otóż pobudka jest o 7-ej (dla mnie, bo mam numerek pod koniec). Zaczyna się obowiązkowym sikaniem, potem mierzeniem tlenku i poborem krwi. Po tym idziemy na śniadanie, po śniadaniu czas wolny do obiadu. Od obiadu do podwieczorku również robimy wielkie nic – i dopiero po podwieczorku zaczyna się znów coś dziać. Powtórka porannych badań, kolacja, jakiś „wykład” i o 23 cisza nocna się rozpoczyna.

Jak widzicie plan dnia wygląda nudnawo. Dodatkowo jest rygor w okolicach badań i posiłków i brak kawy.

A co porabiam? Otóż odsypiam zaległości snu i wydaje mi się, że miesiąc bym musiała tu pobyć, by to się udało ;) Nie tak dawno czytałam artykuł, że jak najbardziej da się nadrobić – sumarycznie!!! – zaległości w śnie do x czasu wstecz. Więc często śpię po śniadaniu i obiedzie i te 8 godzin w nocy. I nie narzekam :)

A jak nie śpię, to czytam i czytam, gram w kurniku i gadam.

Odnośnie palenia, to też jest śmiesznie. Bo okazuje się, że jestem uzależniona bardziej od kawy, a nie od papierosów. Jak pisałam, kawy nie pijemy w ogóle. Bo to zbożowe świństwo o kolorze źle naciągniętej herbaty i śmierdzące, które nam serwują 3 razy dziennie, to nie kawa. I nie piję. Pochłaniam za to hektolitry mleka. I tak oto, ja, która w normalnych warunkach – typu praca, dom, znajomi – nie rozstaję się z papierosem – tu dostaję opitol, że nawet połowy swojej normy nie wypalam, a raczej tylko jedną trzecią. A żeby było śmieszniej, to każdy następny papieros coraz mniej mi smakuje i gryzie w gardło.
Dlatego żałuję bardzo, że nie trafiłam do grupy bez papierosów. Miałabym sporą szansę na rzucenie badziewia bez kawy i pod kontrolą.
A tak? Wrócę do domu, pierwsze co zrobię, to będzie to mocna, podwójna espresso z czterema łyżeczkami curku i mlekiem… I nie będę mogła się powstrzymać, by nie zapalić. No, po prostu nie. Bo to kawa i stres są motywatorami do palenia.
A z kawy nie zrezygnuję.
Mam czarne na białym udokumentowane, że moje ciśnienie jest wszystkim, tylko nie ciśnieniem. Tutejszy mój standard bez kawy to 80/55. Raz mnie zjeżyła pielęgniarka przed mierzeniem, to skoczyło mi do 100/60 :D
I tak myślę, że to moje spanie po 14 godzin na raty też jest spowodowane brakiem kawy. Bo, że brakiem ruchu i stresu, to już insza inszość.
I tak o. I chciałabym rzucić palenie, i nie wiem, co zrobić. Bo z kawy – po wyjściu – nie zrezygnuję. Nie i już.

To tyle z frontu :)
Za chwilę podwieczorek – a potem do kolacji sen :) już teraz kleją mi się oczy, ale szkoda na 10 minut się kłaść :)

Miałam nie pisać, nie?!

Ilekroć gdzieś wyjeżdżam i mam i tak w związku z tym napięty plan – mam bonusowe wydarzenia.
Nie wiem co się dzieje, że ostatnio wszystko mi się psuje. A to telefon, komputer, lodówka – a dziś, auto – ale tak na fest.

Najbardziej wkurzające jest to, że 2 tygodnie temu byłam w serwisie.
Mówię chłopu – dudni. Dudni? Tak, dudni. Pokiwał głową. Dałam mu kluczyki, wsadziłam za kierownicę – pojechaliśmy. Dudni? Tak, dudni.
No, wie pani, to mogą być początki tego i owego. Ja mu, że wiem i że chcę by tu i teraz zrobił.
A On że nie, bo koszty większe dla mnie, bo pewności nie ma z której strony.
Faktycznie nie dudniło jakoś głośno, ale jak mam przejechane tym autem 70tyś km, to jednak usłyszę wcześniej to, czego mechanik nie.
Umówiliśmy się, że podjadę jak będzie głośniej dudniło.

No, to nie było głośniej. Ale za to ABS mi się włączyło, a jak się świeci non stop, to wiadomo.
Znaczy się źle jest.
Pojechałam, mówię, że ABS, ale nie dudni głośniej. No to podłączylimy auto do komputera. Ok.
Podłączyliśmy – komputer nie rozpoznał. Skubaniec, jak on mógł?!

Umówiliśmy się, że następnego dnia podjadę i auto pójdzie na podnośnik.
No tak, ale ABS zgasło.
A jak zgasło, to do innego warsztatu trzeba na komputer, a potem oborot z wydrukiem do mojego mechanika.
Więc sobie dzisiaj wyguglałam, gdzie to ja pojadę po wyjściu z badań, gdzie nie zedrą skóry i wydruk do łapki dadzą. No.

Po pracy wsiadam do auta, ruszam, a mam po nadgodzinach kupę spraw do załątwienia.
I co słyszę? Kolędy. Całkiem na temat. Znaczy się, auto dzwoni. Jadę, słucham, turlam się – dzwoni, chrobocze. I ABS się świeci.
Nosz w mordę.
Dzwonię do mechanika, że czy chce czy nie – jutro o 8 rano jadę do niego. Ucieszył się, myślicie? Ano nie. Ale będzie.

I tak sobie myślę, jak ja Jacquie do Sitterki kurna zawiozę??? Bo Jacquie chudy kurdupelek, ale bagaży ma więcej ode mnie. Bo drapak z hamakiem – takie ustrojstwo wash&go, kuweta zakryta, miski, żwir i kilo suchego żarcia, bo to głodomór. No i nie wspomniałam o najważniejszy, karocy, znaczy się transporterze z Jacquie. No… a ja mam dwie ręce… Zawsze na uszach mogę coś zawiesić, ale nawet taksówka by mnie nie wzięła :/

I tak fajnie – jutro 10 godzin w robocie i randka z mechanikiem. Zrobi, nie zrobi?
Pranie przydałoby się zrobić, spakować się – papierosy MUSZĘ kupić, na pocztę MUSZĘ podjechać, wyspać też bym się chciała.

No. Fajne jest życie Kamyka. Dwa dni zostały, a ja na nic czasu nie mam. I jutro nie mogę zaspać :/

Chciałam dziś odblokować bloga. Bo tak. By przewietrzyć mury Kamieniołomów. Siebie i Was. :)
Ale nie zrobię. Coś czuję, że znów mnie bierze nastrój, który na wszystko się nadaje, tylko nie na upublicznianie. Nie to, żebym aż tak się rozpisywała ostatnie miesiące, ale tak sobie myślę, że w razie gdyby mi się zachciało podołować się na łamach tego miejsca, to nie musi tego byle kto czytać. Byle kto, w sensie kogo nie znam, kto mnie nie zna.

Przez następne dwa tygodnie zapewne i tak niewiele napiszę.
Kilka notek temu pisałam o ważeniu się z kluczami w kieszeni, co by moje BMI przyzwoicie wyglądało. I o. Udało się. Nie tylko mnie ważyli,  mierzyli, sprawdzali żółtaczkę, HIV, serce, wątrobę, DNA i czort wie jeszcze co, ale i zrobili spirometrię, którą od operacji w styczniu powinnam była zrobić. Co prawda nie widziałam jeszcze wyników, ale wiem, że wbrew temu, co mój organizm wyprawiał rok temu – jestem zdrowa. I w związku z tym zakwalifikowałam się do badań klinicznych, w których wezme udział od przyszłego tygodnia.
Nie, nie jestem aż tak wielkoduszna, by dać się badać, czy też testy na sobie przeprowadzać ot tak. Nie. Na urlopie, który musze wykorzystać, bo mnie wysłali nań idę na odpłatnego królika eksperymentalnego. Za 9 dni eksperymentów i wyrzeczenia typu dieta lekkostrawna, zakaz picia kawy z mlekiem, red bulli, jedzenia cytrusów, makowców i nie wiem jeszcze czego dostanę 2/3 swojej wypłaty. A to nie jest mało – w sumie za wielkie nic.
A jaki temat papierosów? Ano, będą badać wpływ palenia na organizm papierosów standardowych i super-hiper-zdrowych. W pierwszym dniu grupa zostanie losowo podzielona na 3 części. Palących swoje papierosy, palących cud-miód-papierosy i tych, co w ogóle nie będą palić. I o.
W ramach 9 dniowego pobytu w ośrodku kliniki badawczej będę robić wielkie nic. Co dwa dni będą krew pobierać i pod koniec znów spirometria i pełna morfologia. Pełniejsza od tej, którą NFZ refunduje. Więc w sumie – nie jest źle.
Powracając do wielkiego nic – to będzie net, kurs salsy, biblioteka, gry planszowe typu scrabble (uwielbiam :)). Można brać laptopy, konsole, książki i co tylko.
W zasadzie, to brzmi, jakbym jechała do jakiegoś sanatorium. I o.
Biorę ze sobą Tośka, ale nie wiem, czy będę miała okazję zdać relację blogową, jak tam jest. Ale jak będzie na to czas – czemu nie? Zamelduję się.
Co prawda badanie rozpoczyna się dopiero w czwartek, ale wątpię, bym do tej pory coś napisała. Aktualnie znów mam nadgodziny, dziś wróciłam do domu po 20. I tak będzie do środy. A warto by było jednak spakować się w międzyczasie, wyprać to i owo.

A dzisiaj odezwał się mój brat. Ten pół-prawdziwy. Latem skończył 40 lat i coś mu chyba się klepki przestawiają. Bo prócz tego, że ciężko mu idzie zaakceptowanie, że jego starsza córka ma 20 lat, to jeszcze marudzi okrutnie. Właśnie dziś się zapytał, czy nie chciałabym razem z nim zmienić nazwiska. Bo On się szykuje i ma wszelką dokumentację na podstawie której bez problemu mu zmienią.
A i owszem, wiedziałam od jakiegoś czasu, że jesteśmy dopiero drugą generacją, która ma na nazwisko N. Bo nasz dziadek, który umarł sporo przed moimi narodzinami nazywał się H. Był szwabem. 
Brat ponoć doszukał się naszych korzeni do około 300 lat wstecz. Tereny? Ano – aktualna Austria. Ładnie. Okazuje się, że ze strony ojca nie jestem chłopką ;) Ale jakby nie było, kicham na to. I kicham na nazwisko N. i na H. Pewnie, że z ciekawości zrobię kopię drzewa genealogicznego, przeczytam dokumenty, które brat wygrzebał.. ale żeby zmieniać nazwisko?? Odkąd jestem w Polsce – nie wstydzę się Go. Nie mam już żadnych emocji z nim związanych. Brat, który jest bliżej, ma. Mimo iż bije się w pierś, że przebaczył ojcu za wszystkie grzechy. Pfff…

A tak na marginesie, to śmieszne, nie? Ojciec ojca – szwab, żona jego ojca i zarazem matka – słowenka. Więc ojciec z obywatelstwem węgierskim mieszaniec, który ożenił się z Polką. I w efekcie jestem ja. Polka? Węgierka? Szwabka?
Uroda ani nie słowiańska, ani nie magyarska. Oczy po Mam’ błękitne, można powiedzieć słowiańskie. Ale już rysy twarzy mocne, niezbyt delikatne – to jakie? Po kim?

W takich chwilach żałuję, ze ludzie, którzy są moją rzekomą rodziną są tak powaleni, że nie da się z nimi porozmawiać. Że nie jestem w stanie poznać historii swojej. Ani tej z Polskiej strony, ani tej z Węgierskiej.

Czy jest gdzieś miejsce dla takich jak ja? Jakiś kraj, jakaś wyspa?

Chyba zrobię napad na księgarnie internetowe, te polskie i węgierskie – i zamówię sobie kilka książek. A tak nie cierpię czytać o historii – suche fakty mnie po prostu zniechęcają. Ale cóż. Poczytam sobie, by jak wydębię kopie dokumentów od brata – móc się w tym wszystkim odnaleźć.

Szczególnie Wesołego Mikołaja tym, którzy doczytali do końca :)))

Szukam od kilku dni karty, którą w styczniu dostaliśmy w ramach bonów. Pamiętam, że jakieś pieniądze tam jeszcze muszą być ;)
Zamarzył mi się zakup kilku starych filmów. Z Sinatrą, Gene Kelly’m, James Stewart’em i nie tylko. A dokładnie dwa muszę mieć! TEN i TEN :)

Kiedyś, oglądając amerykańskie filmy w których namiętnie oglądano czarno-białe kino dostawałam wytrzeszczu oczu. Jakoś nie rozumiałam o co chodzi. I może i dziś nie rozumiem, ale dorosłam do tego, że chcę je mieć i w towarzystwie gorącej kawy i paczki husteczek – oglądać ;)

Swoją drogą chciałabym trafić na te, które polska TV dawała do znudzenia co rok, o tej samej porze. Znaczy się w święta.
W sumie, to i wtedy mi się nie nudziły, mimo iż dokładnie te same filmy leciały. Wigilijna opowieść i jego pobratymcy. Jednak było coś pięknego w tej powtarzalności, w corocznym pociąganiu nosem siedzäc na wersalce. Pewnie i to uroku dodawało, że to był okres, gdy bezkarnie mogłam wlepiać ślepia w ekran Rubina, gdyż w ciągu roku szkolnego TV była reglamentowana.
Ano. Rodzicielka trzymała mnie na krótkiej smyczy, mimo iż jakoś wyłączone TV nie było karą, bo zawsze było kilka nieprzeczytanych książek.

A tak a propo’s reglamentowania TV.
Do niedawna TV w ogóle nie oglądałam. Wiadomości, filmów, nic. Czasami kurz ścierałam z ekranu albo polowałam na pilota, którym którym sierściuch się bawił. I zmieniło mi się. Nie, żebym siedziała przed nim dzień i noc, ale zaczęłam oglądać jeden serial. Kretynizm do potęgi n-tej, ale cóż. Sama się zastanawiałam o co chodzi. W końcu z dnia na dzień nie przestawiły mi się klepki, szoku też nie doznałam.
Ale już wiem.
Chodzi o regularność… Taką od poniedziałku do piątku…
Śmieszne? Może…

Ale o tej regularności, to w następnej notce będzie ;)


Jest jeden film, którego nie pamiętam… Też stary, czarno-biały… I jedyne co pamiętam, to że Śmierć przyjeżdżała o północy (ale czy w Nowy Rok czy w Wigilię…?) coś jakby bryczką.. Tylko ta osoba słyszała, która miała być zabrana – a potem ona była przez następny rok woźnicą. I film chyba opowiadał o tym, jak główny bohater próbował uniknąć zabrania przez Śmierć…
Niestety, mam tylko obrazy w głowie, i stukot kopyt słyszany z oddali…

Szczyt kłamstwa w kamykowym wydaniu, to zawyżyć swoje BMI stając na wadze z 3 pękami kluczy w kieszeniach i 2 litrami wypitych płynów w organiźmie.
Ale dzięki temu sukces! BMI 18.6 :) I nie słucham – jaka pani chudziutka. Wystarczy kilka cyferek i urosłam w oczach. :)

Przy okazji tak sobie patrzę na TO, i przepraszam bardzo, ale panowie Lorentz i Broc, to skończeni idioci.
Jakbym przy swoim wzroście ważyła 57-62 kg, to może nawet Rubens by mnie pogonił. Mam kości jak kurczak wyścigowy i +7-10kg by mnie po prostu połamało. No i z daleka by było słychać, że idę – stawy kolanowe by tak skrzypiały. Pfffff


  • RSS