Ech. Prowokatorzy :P Nie będę pisać! Nie dam się sprowokować! O!
No… Może dziś wyjątek :o) Niech dunder świśnie Peyotle :o) Cokolwiek by to nie miało znaczyć. :o) Za karę się rozpisałam :o))

Co do opisania 5 wydarzeń o których nie mówiłam nikomu i na dodatek nie pisałam na blogu, a chcę się podzielić – to ciężko. No ale cóż – spróbujmy.

1. Nie umiem tańczyć :o) Za to, jak już muszę, to niestety, ale umiejętności i poczucie rytmu odnajduję w winie lub szampanie.

2. Z matmy i fizyki byłam od zawsze noga. No, prawie. W każdym bądź razie w piątej klasie poszłam wybitnie nieprzygotowana do szkoły, a miały być dwie klasówki tego dnia. Oczywiście z wyżej wymienionych przedmiotów. Poprzedniego dnia zwierzyłam się koleżance z mojej tępoty, która mi poleciła iść na zwolnienie. Ale na jakie zwolnienie pójdzie dziecko? Podbijanie termometru nie wchodziło w grę, bo Mam’ znając moje wszelakie sztuczki zanabyła taki a’la plaster, przykładany przez nią do mojego czoła. Więc koleżanka stwierdziła, że najlepiej złamać sobie palec „na ziemniaka”. Znaczy się pokroić surowego ziemniaka, owinąć nim palec i nałożyć dodatkowo bandaż. Miało być pewne, że po takiej kilkugodzinnej kuracji lekkie walnięcie młotkiem i gotowe. Otóż eksperyment się nie udał. Ani młotek, ani wsadzanie palca między drzwi – nie pomogły. Palec był cały, aczkolwiek szarawy i pomarszczony od wilgoci ;o) Więc próba następnego, niezawodnego sposobu odbyła się lekcję przed pierwszą klasówką. Otóż chciałam zemdleć. We trzy stałyśmy w kiblu i się „gimnastykowałyśmy”. Metoda była taka: nachylić się możliwie najniżej, zatkać sobie nos, by nie oddychać i gdy już człowiek lekko podduszony, nagle się wyprostować odchylając głowę do tyłu. Po trzech nieudanych próbach stwierdziłam, że pewnie w końcowej fazie popełniam błąd, więc za czwartym razem, nie tylko odchyliłam głowę, ale i cała się wygięłam do tyłu. I udało się!!! Prawie :o) Bo co prawda nie zemdlałam, ale udało mi się z całej siły rąbnąć głową w ścianę. I miałam guza wielkości pięści dorosłego :o) Taki mądry dziesięciolatek był ze mnie.

3. Operację wyrostka miałam tuż przed maturą. Do szpitala trafiłam we wtorek, prosto ze szkoły. Lekarze twierdzili, że to symulacja przedmaturalna, więc do piątku mnie przetrzymali o suchym pysku, kiedy to wyrostek mi się rozlał. W sobotę nie dali mi jeść, a w niedzielę dostałam kleik, który wylałam do muszli klozetowej. W zasadzie tydzień nic nie jadłam i byłam na surowej diecie pooperacyjnej. Z mięs lekarz pozwolił mi jeść tylko i wyłącznie gotowaną pierś kurczaka w ilościach, którymi dziecko się nie naje. W tajemnicy przed nim i Mam’ poprosiłam Babcię przyszywaną, by mi upiekła kurczaka w soli. I upiekła. Kazała jednak obiecać, że chrupkiej skórki nie zjem i że będę jadła powoli i na raty. Obietnicy nie dotrzymałam – poczekałam, aż Babcia wyjdzie i w ciągu kwadransa zjadłam całego kuraka (który mały nie był, bo wiejski :o)), najbardziej oblizując się po zjedzonej skórce. Za to następnego dnia miałam kilka lewatyw…. :o)

4. Na maturze z języka rosyjskiego znaliśmy pytania. Wiedzieliśmy też, w jakiej kolejności będą ułożone tematy. Od lewej do prawej, od tematu „Ja i moja rodzina” do tematu „Węgiersko-Radziecka przyjaźń na konkretnych przykładach”. Uzgodniliśmy między sobą, że biorę ten najtrudniejszy. Z rosyjskiego byłam dobra. Ale gdy się siedzi piątą godzinę na sali, na dodatek w lnianej bluzce z grubym kołnierzem marynarskim, i jest 40 stopni, ma się za sobą cztery inne egzaminy, to łatwo pomylić kierunki. Niechcący wybrałam najłatwiejszy. Tak się zdziwiłam, a zarazem zdenerwowałam, że po przedstawieniu się i powiedzeniu, że mieszkam w Budapeszcie – zapomniałam języka w gębie. Rusycystka blada (zmartwiona o ludzi, którzy po mnie mieli zdawać) próbowała zamienić temat naprowadzając mnie pytaniami, ale ja – ani be, ani me. Wtedy odezwał się zniesmaczony przewodniczący komisji maturalnej (zawsze była to osoba postronna z jakiejś uczelni), też rusycysta: No pięknie. Widzę, że Kamyk oszukała tu wszystkich i zapewne te piątki, to wynik protekcji, a nie znajomości języka. Tak mnie jego słowa ubodły, że wybuchłam i mu nawtykałam o tym, że zapomniał wół, jak cielęciem był i że łatwo krytykować, jak jest się starym, łysym profesorem, który siedzi w komisji i cały dzień tylko je, pije i cieszy się na widok spoconych i trzęsących portkami maturzystów. I nawet do toalety idzie bez asysty – nie tak jak my. Pojechałam, jak to ja potrafię w sytuacji kryzysowej – gdy ktoś mnie niesprawiedliwie krytykuje. A profesor, co? Uśmiechnął się i powiedział: A jednak to nie protekcja :o) Co by jasność była – nawtykałam mu po rosyjsku, a na maturze mam 5 z tegoż języka.

5. Do dzisiaj mam czerwoną książeczkę KISZ (Kommunista Ifjúsági Szövetség – sami się domyślcie o co chodzi :o)) i nie wstydzę się tego. Byłam w KISZ całe pół roku i wyrzucili mnie za niepłacenie składek i brak aktywności na spotkaniach. Trudno być aktywnym, jak się nie chodzi :o)

Z tego, co zdążyłam zauważyć, wirus już opanował prawie wszystkich, których czytam. Ale może jednak uda mi się podać dalej? :o)
Typuję:

Matkę-Dzieciom
Flawi
Xymenę
Vroobelka
i Brydżyt, który mnie nie lubi i od wieków ani słowa nie napisał :o)

A teraz zmykam do pracy. Miłego weekendu ;o)